Kultura Aborygenów opiera się na bliskim związku z naturą

Kultura Rdzennych Australijczyków opiera się na bliskim związku z naturą

Nazywam się Wajpuldania, jestem Rdzennym, czystej krwi Australijczykiem z plemienia Aranda. Mam 9 lat i skórę w kolorze czekolady. Moi przodkowie mieszkali wokół największego w Australii jeziora Eyre. Od zawartości soli jest niemal zupełnie białe. Gdy przychodzi susza, woda z niego wyparowuje, a raz na kilka lat w czasie obfitych opadów jego brzegi się wypełniają. Tata opowiadał mi, że nasi przodkowie byli tu od zawsze. W szkole pani mówiła nam, że pierwsi ludzie pojawili się w Australii 40, a może nawet 70 tysięcy lat temu. Przed przybyciem statków białego człowieka w XVIII wieku w całym kraju żyło przynajmniej 400 tysięcy ludzi.

Biali, gdy nas zobaczyli, nazwali nas tubylcami, co po angielsku brzmi Aborigines, i tak już zostało. Pierwsze kontakty z przybyszami zza wielkich oceanów układały się nawet pomyślnie. Wkrótce jednak okazało się, że nasz lud nie rozumiał intencji białych ludzi. A oni nie pojmowali naszej kultury. Pradziadek opowiada mi, że to były ponure czasy, ponad 200 lat walk, krzywd i wzajemnego niezrozumienia. Ale jednocześnie chwali się, że dożył chwili, kiedy uznano go za normalnego człowieka i wykreślono z Księgi Flory i Fauny. Było to zaledwie 40 lat temu! A mój dziadek był wśród pierwszych Rdzennych Australijczyków, którzy w 1984 roku otrzymali prawa wyborcze i mogli wziąć udział w głosowaniu na kandydatów do parlamentu.

Do dziś wspomina, jak ważne to było dla niego wydarzenie. W mieście mówię po angielsku, a w domu, na podwórku – dialektem mojego plemienia. Nasz język Aranda jest bogaty, ma jakieś 30 tysięcy słów i trudną gramatykę. W obu językach mówię płynnie, potrafię wszystko nazwać, opisać i załatwić, ale w każdym myślę inaczej. Muszę przyznać, że nie jest mi z tym łatwo. Lubię chodzić do szkoły, mam kolegów o różnym kolorze skóry. Z matematyki jestem w klasie najlepszy. A w buszu potrafię znaleźć wodę, jadalne owoce i niepotrzebna mi mapa czy GPS – drogę umiem sobie po prostu wyśpiewać. Najbardziej lubię opowieści pradziadka, w których świat moich przodków ma intensywne barwy. Są tak piękne jak na obrazach Alberta Namatjiry, naszego malarza.

Kultura Rdzennych Australijczyków opiera się na bliskim związku z naturą. Mity Pierwszych Ludów i świat wierzeń sięgający tak zwanej Epoki Snów, czyli Czasu Kreacji są ciekawsze od wszystkich filmów i gier komputerowych, jakie poznałem. To ogromne bogactwo magicznej baśni, którego nie możemy, nie umiemy i nie chcemy nikomu obcemu przekazać. Pradziadek nauczył mnie pieśni klanowej, z którą nie zgubię się w buszu. On też zadbał o moją inicjację – ogień plemiennych wtajemniczeń, dzięki któremu jestem już prawie mężczyzną. Pradziadek powtarza, że nasza kultura właśnie się odradza. Mam nadzieję, że ma rację.

tekst MAREK TOMALIK/ National Geographic KIDS

Zobacz również